30 stycznia 2017

Kroniki Blackbold: Rozdział XIII "Wojenne Sieci"

Nie było mnie tu cholernie długo. Życie sobie płynie, pieniądz trzeba robić i tak "Kroniki" odeszły znowu w zapomnienie, przy milczącej zgodzie nieobecnych praktycznie czytelników. Obiecałem sobie jednak, że to skończę, i obietnicy zamierzam dotrzymać. Kolejny rozdział do przodu, względem finału, i niemal dwusetna strona opowieści obecna na blogu. Oto przed państwem Lisia Przystań, czyli przyczułek niedobitków i szumowin, gdzie Paulina próbuje odkryć jakiś sposób, by wreszcie uciec z tej przeklętej planety. Pojawia się jednak mała komplikacja, która będzie zapalnikiem do naprawdę wielkich wydarzeń...


 Rozdział XII
Wojenne Sieci
 


– A więc to jest ta niejaka Paulina z Avax, która przywędrowała tu z daleka przez pustynię – Młody i chudy mężczyzna rozsiadł się na dużym fotelu, jak gdyby tronie. Miał na sobie biały płaszcz z kapturem. Chudymi palcami gładził rzadką brodę i obserwował dziewczynę chłodno, ale ze spokojem.
– Słyszałem o tobie – kontynuował. – Jak pewnie się domyślasz, jestem tutejszym liderem. Określają mnie Białym Wodzem ostatniej przystani. Lisiej Przystani. Lisiej, czyli jakoby złodziejskiej. To, jakby nie patrzeć, całkiem niezły pomysł z tą nazwą.
Wokół nie było żadnych strażników, właściwie nikogo, kogo dałoby się zauważyć w ciemności masywnego budynku, o kształcie spodka, leżącego u samej góry tego wysokiego zbocza. W dole pod nim ciągnęła się cała przystań. Gmach był dawną stacją meteorologiczną. Daleko za plecami Pauliny ciągnął się po krzywej rząd okien, niektóre były zablokowane metalowymi płytami, zapewne w celu uzupełnienia ubytków w stłuczonych szybach. Stamtąd można było oglądać panoramę zniszczonego miasta. Nie byle, jaką panoramę, bo bardzo rozległą niż z niektórych wieżowców, które stąd wydawały się mniejsze i odległe.
– Skąd wiesz o mnie? – Spytała zaciekawiona Paulina.
– Wiem wiele o różnych rzeczach, które dzieją się w Fernerze. Jak i na całym tym parszywym globie. Tej nocy, moja droga, tych o lekkim śnie, czyli zdecydowanie większość z nas, zbudziły echa wybuchów. Daleko stąd, gdzieś koło słynnej Akademii Wojny. A krótko potem, nad ranem, przyleciał stamtąd latacz i rozbił się na naszym masywie. Za nim dość szybko przygnało tu jeszcze trzy drony. Zestrzeliliśmy je, ale niektórzy i tak spanikowali.
– Ale... o mojej drodze z miasta Avax nic nie mówiłam. Nikomu.
Mówiąc „nikomu” Paulina miała oczywiście na myśli „Nikomu poza Amondem, Dakotą, Waldem, Pete i Marianną” z tym, że każde z nich nie mogło przecież przekazać tej informacji aż tutaj, bo i żadne nie wyprzedziło jej samej w drodze do portu.
– Tak to jest z plotkami, droga Paulino. Rozchodzą się błyskawicznie i docierają tu na długo przed tobą. A ja, Paulino, muszę je zbierać i analizować. Każdą pogłoskę. Dzielić wszystko na ważne i nieważne oraz badać, co z tego jest kompletną bzdurą, a co tylko wyolbrzymieniem. Muszę zbierać informacje o świecie także dla bezpieczeństwa tego portu i zgromadzonych tu uciekinierów. Ty pewnie myślałaś, że będziesz wysadzać piętra, demolować wieżowce i strzelać do dronów przy zupełnej ignorancji świata dookoła ciebie? Incydenty zdarzają się tu często, ale nie aż takie, moja droga. Nie aż takie.
Paulina nie skomentowała, rozejrzała się tylko po opustoszałym i obrabowanym wnętrzu i przytaknęła niepewnie.
– Muszę jednak przyznać – kontynuował Wódz, wspierając łokcie na fotelu. – Podróż do Avax lub z powrotem to niełatwe zadanie i nawet mając latacz, wielu nie odważyłoby się na podobny wyczyn. A ty nie miałaś latacza. Pustynia, moja droga Paulino, którą jakoby przeszłaś pieszo, słynie ze zdradliwych burz piaskowych. Latacz nie jest wstanie przed nimi ochronić i ginie, zmieciony wiatrem głęboko w piach. To właśnie, dlatego „H & T Transfers” we współpracy z „Fern Inch.”, i pomniejszymi firmami, zbudowali tam linię kolejową, która jest odporna na takie przypadki. Chcieli, by południe szybciej się rozwijało na handlu z Fernerem delikatnymi towarami, co miało przynieść korzyść obu miastom. Mocno przykuty do torów pociąg nie dawał się wiatrom pustyni, orbitalnym deszczom meteorów, na jakie narażano krążowniki ani zmianom kursu. Awariom oprzyrządowania nawigacji czy orbitalnym dezercjom. Tu też kryje się ciekawa tajemnica, ponieważ z tego, co słyszałem, pociąg, moja droga, wyruszył niedawno z twojego rodzinnego Avax, gdzie stał dość długo, jeśli nie od początku inwazji.
Biały Wódz zdawał się nie dostrzegać zmian, jakie wywołały jego słowa na twarzy Pauliny. Dziewczyna była bardziej niż lekko zaniepokojona. Ten osobnik faktycznie dużo wiedział. Ona jedna musiała iść tutaj kilka tygodni, tłuc się z bandziorami na peronach i wskakiwać na drony, a tymczasem temu tutaj samozwańczemu wodzowi ktoś o wszystkim sumiennie zameldował.
– Jednak, gdy Ekspres Ferner tu dotarł – ponowił mężczyzna z wyrazem zamyślenia. –  Nie było już na pokładzie młodej dziewczyny zabijającej z zaskoczenia. Posługującej się pistoletami z taką łatwością, jakby to były jej dziecięce zabawki. Tej, która była widziana w Ostatniej Skale i gdzie też wspomniany pociąg stracił połowę wagonów. Zaspokoisz moją ciekawość? Czyżbyś wtedy właśnie zdecydowała się wysiąść i iść pieszo? Byłoby to, wybacz określenie, moja droga, delikatnie mówiąc, zupełnie kretyńskie, bezbożne, lekkomyślne i nieskończenie głupie posunięcie.
Wódz złożył dłonie, uśmiechnął się zawadiacko. Paulina odetchnęła znacząco. Nie myślała już o tym, co mu zdradzić, a czego nie. Wszystko wiedział, a czego nie wiedział, to pewnie wkrótce się dowie. Najlepszym rozwiązaniem była szczerość, nim dopomogą mu legiony informatorów.
Z pewnym trudem dobierając słowa i wspomagając się gestami małych dłoni, opowiedziała krótko swoje spotkanie z mieszkańcami „Skały” i niefortunną próbę ujeżdżania Aldebarańskiego Drona. Nie wspomniała jednak, że po upadku, jak jej się zdawało, na skalistą płaszczyznę, straciła przytomność i obudziła się w lesie. Ograniczyła się do opowiadania o, jak to określił w przerwie Wódz, amortyzujących właściwościach piasku. W każdym razie na pewno lepszych, niż w przypadku litej skały. Uznała za stosowne także zmniejszyć podaną wysokość, z której twierdziła, że spadła. Tak dla wiarygodności.
– Niezwykłe – skomentował krótko mężczyzna, gdy dziewczyna dotarła do opisu widzianych na horyzoncie budynków stolicy. – Doprawdy niezwykłe. Nie spotkałem jeszcze nikogo, kto choćby dotknął Aldebarańskiej maszyny palcem. Oczywiście, sprawnej maszyny, która wciąż funkcjonuje i co za tym idzie, próbuje cię zabić. A ty, proszę. Ty latałaś na dronach! Jak na jakichś jaskiniowych nietoperzach!
Paulina uśmiechnęła się delikatnie. Zauważyła, że wywołało to podobną reakcję u Białego Wodza. Czekała dalej na jego odpowiedź, darując sobie opis srogiej niespodzianki, jaka spotkała ją o poranku w chacie Medison Cathi.
– Nie o tym jednak – mężczyzna nagle spoważniał. – Chciałem z tobą porozmawiać. Istnieją poważniejsze sprawy, moja droga, niż zastanawianie się nad twoją podejrzanie udaną i bezproblemową przeprawą przez piaski. Przynajmniej na razie.
Milczeli oboje przez chwilę.
Paulina nie patrzyła na niego, myśląc nagle o swoim przebudzeniu tam, głęboko w lesie. Wzdrygnęła się na samą myśl i znów próbowała spasować ze sobą wspomnienie o upadku na spękaną glebę z nagłą, potężną burzą, jaka zaatakowała ją dużo, dużo później. Z prób poskładania tych obrazów w całość niewiele dziewczynie wyszło.
– Muszę cię zapytać.
Wódz wstał z tronu, zaczął się przechadzać przed Pauliną, stojącą naprzeciwko. Złączył dłonie, opierając palce na ustach, zastanawiał się.
– Wiem, że dotychczas, gdy ktoś stawał ci na drodze, tracił życie, w najlepszym wypadku sprawność ruchową. Stąd też zastanawiam się, czy... Czy nie zabiłaś w Avax kogoś... ważnego? Nie naraziłaś się komuś istotnemu? A może... Masz tam kogoś, kto mógłby za tobą bardzo... – Wódz przez chwilę szukał odpowiedniego słowa. – Tęsknić?
Zostawiłam Diabła, odpowiedziała w myślach. Zostawiłam całą przeklętą Krudelię pełną szumowin, których pewnie jedynym marzeniem jest teraz mnie zatłuc, spalić i przerobić na posypkę do gnoju. Zostawiłam ich wszystkich by się nareszcie uwolnić, a zamiast tego ciągle walczę o życie.
– Bo – westchnął. – Widzisz, jest taka sprawa. Nasi koledzy z wieży nad brzegiem morza donieśli, że na brzegu koło fabryki widziano olbrzymi, wynurzający się z wody kształt. Mówili, że był wielki. Nadęty jak balon. Że przy wynurzeniu wywołał wielkie fale, ociekając wodą i zielskiem. Nie był sam, miał eskortę. Wiesz coś o tym?
– Nie – odpowiedziała szczerze Paulina, czując ukłucie niepokoju. – Co to niby może być?
– Bo widzisz... Podejrzewam, że to łódź podwodna. Raczej nie wieloryb mutant, upity krwią trupów z ku, strąconego do wody. Właśnie w Avax, moja droga, była kiedyś fabryka takich maszyn, które potrafiły zarówno pływać w wodzie, jak i wynurzać się i latać, z pomocą lewitacji kryształów Ignis. W tamtej okolicy zakładano podwodne kopalnie, a potrzebne było coś do transportu surowców na powierzchnię. No i ludzi.
Paulina poczuła, jak drżą jej ręce. Biały Wódz spojrzał na nią uważnie, podrapał się po brodzie i uśmiechnął enigmatycznie.
– Równie dobrze – rzekł wolno. – Mogła to być, mimo wszystko, halucynacja wymienionych strażników, widziana pod zdradliwym wpływem piwska. Kto to wie. Oni często wzbogacają sobie doznania w trakcie nudnej warty tym, co zostało w ruinach barów, w zamrożonych zbiornikach. Nie przejmuj się na zapas, moja droga. Wiem, po co przyszłaś. Twój cel jest taki jak dla większości z tutejszych: chcesz uciec z planety, z Kalisto. Niektórzy z nas, co jakiś czas mają szansę na taką ucieczkę. Lisia Przystań współpracuje z Miklas, ale nawet oni mało statków przysyłają. Kiedyś jednak zaproponowali, ze zabiorą nas wszystkich, wtedy prawie nikogo tu nie było, ale… przyszli następni. Zawsze przychodzą następni.
Milczeli długo.
– Nie będę cię oszukiwał – Wódz złożył ręce. – Wiem, że tego chcesz, ale w tej chwili nie da się stąd odlecieć. Pojawiła się pewna przeszkoda, przez którą nic nie może stąd startować ani tu lądować. Nie śmiem wzywać tych z Miklas o przysłanie kolejnego statku, gdy ostatni został zestrzelony i runął gdzieś w górach.
Paulina spojrzała na niego czujnie.
– Zestrzelony? – Zmrużyła oczy.
– Tak, zestrzelony – Wódz spojrzał na nią ze zrozumieniem. – Jakiś idiota wraz z ekipą uruchomił ocalałe działo systemu PDS, leżące kawałek za autostradą. Ostatnia drużyna, jaką tam wysłaliśmy nie wróciła w ogóle. A póki działo jest sprawne, nie możemy startować. Rozumiesz mnie, moja droga? Ruch został wstrzymany, do czasu, aż ktoś zneutralizuje tych, co uruchomili systemy dawnej obrony przeciwlotniczej i wykorzystują je przeciw nam.
Paulina przytaknęła z rezygnacją.
– Podejrzewam – ciągnął Wódz wolno. – Że to radykalni. Ci nie raz ogłaszali, że każdy, kto ucieka z Kalisto zamiast przyczynić się do pożałowania godnej... Próby odbudowy tego upadłego globu, jest zdrajcą i należy go zabić. Szczególnie, jeśli ucieka na Miklas. PDS dysponują ogromnym zasięgiem ostrzału, większym nawet, niż pająki. To ogromne działa, Paulino. Wielkie i silne. Miały służyć do zdejmowania z niebios fregat z Aldebaranu. Moja oferta jest zapewne jasna. Każdy, kto przyczyni się do likwidacji tego obiektu, tudzież do jego unieszkodliwiania, ma moje pełne wsparcie w sprawie wylotu. A moje wsparcie, Paulino, to całkowita gwarancja. Dogadam się z Miklańskimi, nawet im zapłacę. Rozumiesz, moja droga? Wsiądziesz na statek i zostawisz w cholerę ten pierdolnik i całą wojnę.
– Rozumiem, ale...
– Tak?
– Mam to zrobić... sama?
Wódz zaśmiał się, spojrzał życzliwie i z lekkim rozbawieniem.
– Tym razem nie. Nie tylko ty jedna czekasz w kolejce na wylot. Do ataku przygotowuje się kolejna grupa. Czekaliśmy, aż zbierze się kilku ludzi zaprawionych w bojach, by tym razem udało się raz a dobrze tamtych z działa wywlec, zatłuc i wrócić. Teraz będzie już komplet ludzi. Grupie przewodzi porucznik Ji. Dam mu znać, by się z tobą skontaktował, gdy już zacznie szykować wymarsz. Nie bój się, nie zapomni o tym. A na razie wróć i odpocznij.
– Dziękuję – Paulina wyczuła sytuację i ukłoniła się lekko, jej czarne włosy zakryły policzki. Biały Wódz uśmiechnął się i skinął życzliwie głową.
Wychodząc, Paulina czuła na sobie jego wzrok.

* * *

– I, że ty niby razem z przypadkową bandą postrzeleńców chcesz iść na północ? Rozwalać jakieś P-D-coś tam? Jakieś działo ustawione na wieżowcu?
Posłanie cuchnęło stęchlizną i śmieciem, niemiłosiernie skrzypiało przy każdym ruchu. Paulina wpatrywała się w dach baraku, zmontowany z metalowych, pośpiesznie zespawanych płyt, z zewnątrz przykrytych płachtą mającą nie przepuszczać deszczu. Na wypełniających ściany ręcznie skleconych półkach walały się niezliczone kawałki złomu, metalowe części, dziwnego kształtu kamienie, pieczołowicie poustawiane skrzynki z amunicją, a nawet elementy łazienki jak lusterka, buteleczki perfum czy grzebienie, które, całkiem osmalone, wyglądały na cudem ocalałe z wybuchu bomby.
Dakota siedziała w korytarzyku prowadzącym do ciasnej izby, wpatrzona w pęknięte zwierciadło zawieszone na ścianie. Nasączonym kawałkiem szmatki troskliwie przecierała czarne plamy na twarzy.
– Strzela do wszystkiego, co lata – rzekła wolno Paulina, wygodniej usadawiając się na materacu. – Przez to... Nie można uciec.
– No, a czemu do tej pory go nie rozwalili?
Paulina nie odpowiedziała. Była pewna, że Dakota zna odpowiedź z innego źródła. Nie myliła się.
– Poprzednia zbieranina zniknęła, wiesz o tym? Bo zanim dotarli do celu, znalazł ich pająk. Pająk, Paulina. Powtarzam Ci: Naprawdę chcesz tam iść?
– Muszę.
– No dobra – Dakota przeczesała włosy, stanęła w progu przed czarnowłosą, skupiając na niej spojrzenie ciemnych oczu. – Z pająkiem mało, kto wygrał, tyle ci powiem. Ale chodzi taka... Pogłoska, a raczej już taka typowa miejska legenda. Wiesz jak to jest. No, krótko. Nie sądzę, albo przynajmniej nie życzę, żeby ci się to kiedyś przydało, ale... – zamyśliła się. – Słyszałam, że taki pająk wagi ciężkiej ma pewien słabszy punkt. Normalnie zabicie go wymaga takiego nakładu amunicji, że głowa mała. Trzeba ryć mu czerep aż się po prostu rozpaćka. A tak to... pająk ma zamiast mordy podwieszany pod łbem karabin obrotowy, czy jak to tam zwać. Obrotowe działo, to, którym dokonuje masakry. Mówią, że w środku, pomiędzy lufami, jest jego paszcza. Ta właściwa. Jeśli tam wrzucić granat, albo trafić z wyrzutni, to pająk popluje się własną krwią i padnie. Nie wiem, kto to wymyślił, ale... no wiesz, musiałam ci powiedzieć.
– Dzięki.
Rzeczywiście, Paulina nie umiała wyobrazić sobie żadnego sensownego wykorzystania takiej informacji. Nigdy nie widziała żywych pająków z Aldebaranu, ale zgadywała, że taki stwór łatwo sobie do gęby zajrzeć nie da, a tym bardziej wsadzać tam granatów czy pocisków.
Prowizoryczne drzwi baraku uchyliły się. Paulina wstała, dostrzegła czarne rękawice odpychające na bok ciężką płytę. Do środka wpadło jaskrawe światło, które niemal natychmiast przesłonił mężczyzna o mocnej, dobrze zarysowanej sylwetce.
– Czas zbiórki – powiedział. – Która z was to Paulina. Taka młoda skrytobójczyni z Avax?
– Eee, tamta – wskazała Dakota grzebieniem.
– Już czas – rzekł mężczyzna z powagą.
Paulina, nieco onieśmielona, zeszła z posłania i poszła ku wyjściu. Mijając Dakotę, poczuła na nadgarstku jej zaciśniętą dłoń.
– Nie wiem czy się jeszcze zobaczymy – rzekła spokojnie kobieta, wyciągając coś z zawieszonego na ścianie plecaka. – Ale... ja dzisiaj lecę po Pete z Waldem do Akademii. W każdym razie, chciałam ci dać to.
Wręczyła czarnowłosej pokaźny futerał na szerokim pasku. Paulina rozpoznała zawartość od razu: w kaburze była broń, którą widziała w piwnicy w domu Dakoty. Nowej generacji, opływowy pistolet na czarną godzinę.
– Dziękuję – powiedziała Paulina, odbierając pakunek drżącymi dłońmi.
Dakota nie powiedziała więcej ani słowa. Zamiast tego, żegnała dziewczynę spojrzeniem pełnym czegoś na wzór troski, ale i żalu.

* * *

Idąc przez rzędy wzniesionych ze złomu baraków, podpiętych do prętów kawałków płacht i luźno porozrzucanych materaców, Paulina myślała o ratuszu. Myślała też o pająku i zbliżającym się zadaniu. I nie były to myśli przy największych staraniach mogące uchodzić za przyjemne.
Wokół kręcili się najróżniejsi włóczędzy w obdartych łachmanach, wojownicy w zdobytych gdzieś wśród ruin kawałkach pancerzy dawnych policjantów, strażników, wojskowych czy nawet strażaków.
Co kilkanaście metrów szczelna zabudowa ze złomu na urwisku ustępowała nagle rozłożystym stanowiskom obronnym, skierowanym na panoramę miasta. Były to najczęściej duże, ustawione na płaskim niemal trójnogu działa przeciwlotnicze o dwóch lufach. Zdarzało się jednak, że zamiast działa było coś na kształt katapulty miotającej resztkami. Obok leżały stosy prowizorycznych pocisków, poukładanych w piramidki. Przy swojej prymitywności, mogła to być broń wyłącznie przeciwko powolnym i delikatnym celom. Przy każdym z takich stanowisk najczęściej stał namiot lub materac, jednak tylko na nielicznych faktycznie rezydował ktoś, kto mógł być odpowiedzialny za uruchomienie konstrukcji na wypadek ataku.
Płodność, oceniła Paulina, powróciła do Ferneru. Wokół dało się dostrzec dzieci, biegające boso po piaszczystych ścieżkach. Niektóre usmarkane i brudne, inne w miarę zadbane, odziane w ręcznie wyszyte koszulki i spodnie. Idąc, dziewczyna minęła matkę, która na rękach uspokajała wyjącego berbecia mogącego mieć najwyżej trzy lata. Dziecko płakało, niemal wyło zamykając oczy. Dopiero, gdy przechodziła, uspokoiło się na chwilę i wlepiło w nią ślepia, otwierając usta.
Gdy odeszła, rozpłakało się na nowo.
Paulina udała się dalej. Aż po okolice wejścia do siedziby Białego Wodza. Masywnej, okrągłej budowli dominującej nad przystanią. Pod ciemnym wejściem luźno rozsiadła się gromada co groźniejszych wojaków uzbrojonych w najrozmaitszy sprzęt szturmowy. Jeden z nich, mężczyzna o ciemnej skórze wyższy nawet niż Wald, stał akurat w progu, opowiadał coś lub tłumaczył. Na widok Pauliny i obdartego posłańca, który ją przyprowadził, mężczyzna zamilkł natychmiast, zmierzył dziewczynę wzrokiem.
– A więc to tamta – powiedział, drapiąc się w potylicę. – O niej mówiłeś? – Zwrócił się do jednego z osobników siedzących przy wejściu. Osobnik był zakapturzony.
– O niej mówiłeś? – powtórzył ten wysoki.
Zakapturzony wstał, odwrócił się wolno i postąpił krok.
– Paulina! – westchnął z niemałym zdziwieniem.
– Amond...

* * *

Wieże i masywne bloki, kopuły, silosy. Wszystko, choć zniszczone w ogniu wojny, choć okaleczone i roztrzaskane, otaczało się nieprzeniknioną chwałą dawnej wielkości. Za najlepszych lat Ferner musiało być cudownie żywym miejscem, oceniała Paulina. Natarczywie ruchomym, oddychającym miastem pełnym statków, lataczy i ludzi. Czymś, czego ona sama nie ogarniała i nigdy nie widziała. Czymś, czego nie wyobrażała sobie przed opuszczeniem Krudelii. Głośnym od głosów, od gwaru silników, od nieustającego tempa. Jak w opowieściach Medison Cathi.
A teraz zostały ruiny, zielsko i potworna trupiarnia na ulicach. Nad nimi zaś zbudowana ze złomu i szmat Lisia Przystań.
Dalej, podziurawioną, wspartą na szpalerze kolumn stalową jezdnią upstrzoną szczątkami lataczy, szło dziewięciu wojowników i jedna wojowniczka. Wędrowali coraz dalej, wymijając większe wraki, obchodząc wyrwy, które powstały po niezliczonych eksplozjach, strzałach i spadających machinach, które były zbyt ciężkie dla nawierzchni. Droga była szeroka. Gdy działała, zapewne przemieszczało się nią wiele pojazdów, które nie umiały latać. O tym świadczył też fakt, że średnio, co kilkaset metrów, ściana wraków była zbyt wysoka, by ją ominąć. Wszyscy musieli się, więc wspinać po rozerwanych szczątkach i przeskakiwać na drugą stronę. Paulina, co oczywiste, nie miała z tym najmniejszego problemu.
– Muszę ci coś wyznać – powiedział Amond, idąc koło niej. Ręce skrzyżował za plecami, Tak jak dawniej jego opuszczona głowa okryta kapturem kazała zgadywać ukryty w półcieniu wyraz twarzy.
– Tak?
– Wtedy, w Ostatniej Skale, gdy zniknęłaś... Walczyłem z tamtymi dość długo, wyglądając ciebie. Gdy zabiłem niemal wszystkich i złapałem jakiegoś ocalałego, ten powiedział mi, że nie żyjesz. – Amond milczał przez chwilę. – Wtedy, po poszukiwaniach na pustyni praktycznie spisałem cię na straty. Zwlekałem z odjazdem jeszcze kilka godzin, ale nie znalazłem cię. Nie wróciłaś. Odjechałem do Ferneru pewien, że zginęłaś w eksplozji wagonów. Że zostałaś tam wśród zwalonych torów.
– Ja... – Paulina zastanowiła się głęboko nad tym, jak ma wytłumaczyć mu faktyczny... i nieco dziwny rozwój zdarzeń. – Ja leciałam na dronie, Amond.
Pomimo kaptura mężczyzna zdawał się drgnąć ze zdumienia.
– Na dronie?
– Tak – gdy nie odpowiedział, patrząc na nią, dodała: – Gdy rakieta poleciała na wagony, wyskoczyłam. I złapałam się drona. Dziwne, prawda? Miałam szczęście.
– A to interesujące. Wszyscy próbują rozwalać drony, a ty je ujeżdżasz. Nie spotkałem nigdy niczego podobnego. Chcesz mi powiedzieć, że trafiłaś wprost na Aldebarański kadłub?
Paulina zarumieniła się, ale jak zwykle coś w jej naturze powstrzymywało ją od tłumaczeń. Tak po prostu było, uznała, i kto uwierzy a kto nie, to jego wybór. Odetchnęła z rezygnacją.
Podsłuchujący ich otyły, opancerzony drab zaśmiał się, ale jakby w podziwie.
– Ale tu nie o drony chodzi, Paulino – Amond wrócił do standardowej, nader poważnej aparycji. – Tu chodzi o to, że pustyni, która leżała przed nami, nie da się przejść. Jest zbyt duża, zbyt gorąca, a pod piachem chowają się drapieżniki. Żyją tam węże, które potrafią połknąć człowieka w całości. Razem z butami. O przelotach dronów, których skanery działają na płaskiej powierzchni na odległość wielu kilometrów, nawet nie wspominam. Znalazłyby cię i wypatrzyły. Są jeszcze burze, ruchome wydmy, albo ruchome piaski. Powiedz mi, więc, Paulina, jakim cudem? Którędy poszłaś, że dotarłaś aż tutaj? Że przeżyłaś i to w jednym kawałku. Dron raczej nie podstawił cię pod Fernerem na krawężniku. Do lasu byś nim nie doleciała chyba, że... – zastanowił się głęboko – znowu się mylę. Może drona da się wytresować przy twoich umiejętnościach?
Milczeli długo. Grupa szła przez szpaler osmalonych karoserii zmuszający do marszu niemal w jednym rzędzie. Jeden z chudszych włóczęgów zaglądał do wnętrza niemal każdego ze zmasakrowanych lataczy, nie wiedzieć, po co. We wraku, który objawiał się tylko czarnym od spalenizny, poobdzieranym korpusem, nic nie mogło przetrwać.
– Ja nie pamiętam, co było na pustyni – rzekła smutno Paulina. – Amondzie, ja... obudziłam się w tym no... lesie. Ale to nie mógł być ten dron... za szybko spadłam. Ja nie leciałam długo... Leciałam krótko i spadłam. Spadłam... – zdecydowała się na szczerość – spadłam na pustynię.
Mężczyzna zastanowił się kolejny raz, trwało to nieznośnie długo.
– Tak myślałem. Ale las jest daleko, Paulino. Drzewa rosną dopiero w dzikich ostępach Niziny Ferneru. W okolicach Zaliwii i Zadraneji. Jest jeszcze Lakia na wschodzie, ale tam zanim zacznie się poważniejszy las są długie wyżyny niskich i niemal pustych łąk.
– Nie – Paulina miała dość czasu, by przypomnieć sobie upadek i palce wyślizgujące się z metalowego korpusu Aldebarańskiej machiny. – Ja naprawdę spadłam szybko. Chwilę później spadłam. Na twardą skałę. Wtedy się obudziłam. W lesie. Była burza. I padało.
– To nie jest możliwe – odparł hardo mężczyzna. – Musiałaś przejść przez pustynię. Nie ma innego wytłumaczenia. Od gorąca i odwodnienia mogłaś dostać amnezji, ale... Nie, Paulino. Musiałaś stracić świadomość wychodząc z gorąca. To się już zdarzało w historii. Przypuszczam, że dotarłaś do lasu ledwo żywa. Że dopiero deszcz i cieknąca woda zbudziły cię. Gdy wypiłaś nieco wody, zasnęłaś, a organizm się regenerował. I dopiero przebudzenie po tym okresie możesz pamiętać. To, że drony nie zawróciły za tobą, albo cię wtedy nie znalazły, to wielkie szczęście. Nie widzę żadnego innego wyjaśnienia. Chyba, że ktoś dobrotliwy czuwa nad pustynią, i wspomaga zbłądzonych wędrowców. Jeśli tak, to od dawna nie zajmował się swoją robotą. Ostatnią osobą, która pokonała ten obszar, był…
– Blackbold – powiedziała Paulina.
Amond spojrzał na nią czujnie, zamyślił się.
– Blackbold – potwierdził wolno. – Ale Blackbold był pilotem. Lotnikiem wyszkolonym w tym, jak poradzić sobie w głuszy po zestrzeleniu maszyny. Widywał to i owo. Wiedział, co robić, gdy zjawiają się drony. No i powiadają, że jest bardzo silny i nigdy nie stracił formy. Podobno radził sobie z pustynnymi jaszczurami. Mógł je ubić, i zrobić z każdego kolację. Nie chcę ci nic zarzucać, ale bez przeszkolenia, bez wiedzy, jak rozpoznać doły ruchomych piasków, jak zabezpieczyć się przed burzą... bez tego nie da się przetrwać. Nie tam. Istnieje także pogłoska, że Blackbold wcale nie przeszedł tej pustyni wzdłuż, ale naokoło. Ty nie mogłabyś tego zrobić. Za szybko tu dotarłaś. Zdecydowanie za szybko.
Przez następną godzinę dziewczyna powoli i zdawkowo relacjonowała mu odwiedziny złożone pielęgniarce pośród leśnych ostępów. Mówiła, co było dalej, gdy już zakopała ożywionego przez chorobę potwora, dawną Medison Cathi. Opowiedziała mu, jak znalazła się w Fernerze. Amond nie potrafił jednak wciąż wytłumaczyć sobie tego fenomenu.
Grupa zeszła z autostrady na twardy grunt po resztkach czegoś, co w przeszłości mogło, ale wcale nie musiało być klatką schodową o metalowych stopniach. Dalej ciemnoskóry porucznik Ji prowadził ich przez małe skupisko niskiej zabudowy, gdzie jak wywodził, stały dawniej systemy zewnętrznej obrony miasta.
– Co zamierzasz potem?
Paulina spojrzała na Amonda pytająco.
– No co zamierzasz – sprostował mężczyzna. – Jeśli zniszczymy ten laser i wrócimy do Białego Wodza?
– Ach.... Chciałam iść do tego no... ratusza – wydukała Paulina. – Ale jedna... poznałam taką jedną, która uważa, że Ratusz... wybuchł. Że go już nie ma.
– Nie wierz w to, co ci powie każda „taka jedna” – odparł z powagą Amond, kopiąc coś metalowego, co poleciało na wprost dudniąc donośnie. – Większość, gdy widzi, że jesteś młoda, będzie próbowała cię przekonać do swoich pomysłów i racji. Nie rzadko bardzo głupich pomysłów i okropnie głupich racji.
Paulina uśmiechnęła się lekko, zarumieniła.
– To nie oznacza – powiedział Amond wolno, jakby z rezerwą. – Że faktycznie jest tam, czego szukać. Tego nikt nie wie. Nie mam pewności czy ktokolwiek, oprócz Jasty, był w pobliżu ratusza od wybuchu wojny.
– A co Jasta tam robiła?
– Jasta – rzekł wyraziście Amond. – Była tam, gdy wszystko się niemal zakończyło. Gdy los planety miał już być przesądzony. Walczyła z pewną istotą, która podobno potrafiła dowodzić Aldebarańczykami. Od tamtej pory słuch po Strażniczce zaginął, a wśród spalenizny, jak mówią, była tylko jej różdżka i diadem. Podejrzewam, że ona sama spłonęła wraz z Sienią Arcymaga, która stała obok ratusza. Jej własną Sienią. Tą, która runęła tamtego dnia koło placu.
– Co to Sienia?
– Nie Sienia, ale Sień. To zwyczajowa nazwa siedziby Wielkiego Arcymaga. Reprezentanta Litengi. Litenga to organizacja zrzeszająca wszystkich czarodziejów. Każdy taki Arcymag dogląda działań Litengi na danej planecie i rezyduje właśnie w tak zwanych Sieniach. To wystawne posiadłości z własną infrastrukturą. Jasta została Arcymagiem przed wojną. Nic dziwnego, bo to była, jakby nie patrzeć, wielka czarodziejka. Tylko brak lojalności do Rady Litengi mógłby ją skreślić, ale i Rada w końcu Jaście uległa.
Paulina przytaknęła przypominając sobie wszystko, co wiedziała o czarodziejach. Ludziach, mogących zmieniać otaczającą ich rzeczywistość. Kiedyś w Krudelii pojawił się jeden słaby, samozwańczy mag amator. Kolejny bandyta, który próbował zaimponować Malainowi zdolnością zaginania metalu samym ruchem dłoni. Na gospodarzu, jak pamiętała, nie zrobiło to większego wrażenia i nie przeszkadzało w oglądaniu telewizji.
– Zatem – podjął po chwili milczenia Amond głosem nadzwyczaj wyniosłym. – Jeśli będziesz chciała, to udam się z tobą do ratusza. W miejsce, gdzie stał. Sam chętnie zbadam, co tam jest. A potem... Możemy oboje lecieć na Miklas.
Resztę drogi Paulina rozmyślała o rozmaitych, bardziej lub mniej możliwych scenariuszach. Myślała o ostrzeżeniu Białego Wodza odnośnie podwodnej łodzi. Zastanawiało ją, czy Diabeł wcielony, jej wróg największy, mógł zorganizować takie siły i sprowadzić do Ferneru, by ją zniszczyć. Przez całą swoją drogę wśród dzikich ostępów i jeszcze dzikszych miast, przekonała się, że świat jest niezwykle ogromny, a było to przecież tylko Kalisto. Kalisto, na którym była małą, nic nieznaczącą buntowniczką, która uciekła z plugawego domu. Musiały istnieć potężniejsze siły, które sprowadziły wspomnianą łódź. Żądza Zemsty Daigana, chociaż silna i zapewne niegasnąca, byłaby na to zbyt słaba i nieznacząca wobec tych wszystkich potężnych mocy i zastępów oberwańców, z których każdy miał własne motywacje sprzeczne z innymi.
A potem wyszli na złoty blask porannych słońc, lśniący wśród chmur i metalowych, gładkich ruin. Wśród luźno rozmieszczonych budowli wznosił się dość dobrze zachowany, walcowaty gmach. Na dachu stało coś o kształcie olbrzymiego kołowrota z wystającymi dwiema imponującymi lufami, znacznie wychodzącymi poza obrys budynku. Jedna z luf była naderwana, reszta konstrukcji nosiła ślady uderzeń lub osmaleń. Mimo wszystko jednak stała jakby nienaruszona i gotowa do otwarcia ognia.
– Działo przeciwlotnicze NP-92 – rzekł wolno Ji. – Snajperka na statki. Jeśli jest sprawne, to faktycznie nie dziwne, że okręty nie mogły wylecieć z przystani.
– Jest tylko jeden problem – powiedział chuderlawy człowiek obłożony kwadratowymi tobołkami, umocowanymi do pasów skośnie przecinających pierś. – W przystani mówili, że statki dostawały z obrotówki. Wódz mówił, że to powinno być MP-80 albo 120. To nie może być ten...
– Wódz kazał nam zniszczyć działo, Hopper – odparł hardo Ji, biorąc się pod boki – Ci ze statku z Miklas, co przeżyli, mówili o strzałach idących stąd. Tu nie ma innych sprawnych dział o tak dużym zasięgu. Może Biały Wódz nie zna się na artylerii, nie moja rzecz.
– Widziałem statek, który zdołał zawrócić i ostro zanurkować. Na jego burtach były ślady, to nie mogło być to!
– Może to pająk? – Westchnął jeden osiłek z tyłu, który wcześniej ociągał się w marszu.
– Pająk uciekł pod ratusz – Ji machnął ręką. – Niech który zrobi nagranie. Rozwalimy tą snajperkę, a potem się okaże, czy można już latać, czy nie. Jeśli tak, to biorę swój bilet i zjeżdżam stąd.
Hopper, ten z licznymi tobołkami i krótkim wąsem, pokręcił głową, westchnął i zszedł za Ji po ścieżce, prowadzącej w dół, pomiędzy budynki.
Paulina nie zauważyła nawet, kiedy idąc, cała grupa wynurzyła się na szeroki placyk, jak wszystkie miejsca w Fernerze, zasypany wrakami i szczątkami, a przed sobą mieli imponującą ogromem, zaokrągloną ścianę walcowatego gmachu. Stąd było widać tylko lufy na tle nieba i wyraźną różnicę w ich długości. Paulina przełknęła ślinę na myśl, co musiało spotkać podróżnych, którzy chcąc uciec z Ferneru, musieli mierzyć się z takim kalibrem.
– Wejdźmy proszę – powiedział Ji prowadząc ich aż pod obrotowe drzwi budynku – tu było kiedyś jakieś biuro chyba. Może celne? Stąd odprawiano kiedyś kontenerowce i frachtowce, zaraz dalej, na lotniskach.
Wnętrze biura nie dawało podstaw do domysłów. Wyglądało na kompletnie splądrowane. Po monitach i rzutnikach zostały wystające w ścianach kable, tak samo po automatach, szafkach i meblach. Brakowało nawet ławek w głównym holu.
– Aldebarańczycy – powiedziała wolno Paulina i chyba z błędem, podchodząc do Amonda – nie zniszczyli tutaj?
Zakapturzony mężczyzna uśmiechnął się.

– Nie całkiem. Tutaj dotarły tylko drony. Aldebarańczycy atakowali od strony zatoki i z Dysku. O ile wiem, walki w tym rejonie koncentrowały się na niszczeniu frachtowców, nie zabudowy. A zanim zdołali to do końca zmasakrować, rozpoczęli odwrót.
Ach tak, przypomniała sobie Paulina. Zagadkowy odwrót całej inwazji Aldebaranu, o którym tyle słyszała. Już z jej własnych doświadczeń wynikało, że próba ustalania lub zgadywania motywów działań tej obcej cywilizacji w jakikolwiek sensowny sposób nie miała żadnego sensu.
– To do roboty– zwrócił uwagę Ji, mocując coś na lufie karabinu – Nie zastanawiajcie się, tylko włazimy na górę i wysadzamy to cholerstwo. Gdzie tu są schody?
– Może będzie winda? – rzucił ten barczysty, ciągle będący z tyłu. Kilku innych zarechotało w odpowiedzi.
– Energii nie ma – powiedział Hopper z rezygnacją, przyglądając się plątaninie kabli, jaka została z terminala przy rozgałęzieniu dróg. Gdy weszli głębiej i otoczyły ich ciemności, zapalili na chwilę latarki. To Amond pierwszy wypatrzył schody, obrzucone kawałkami gruzu z ściany, która wyglądała, jakby dostała olbrzymim kafarem. Powoli i ostrożnie przekradali się coraz wyżej, dysząc i machając lufami karabinów. Sprawdzali wszystkie kąty, a Ji doglądał także takich szczelin, gdzie żaden przeciwnik, nawet tak chuda istota, jak Paulina, nie zdołałby się wcisnąć.
Na ostatnim poziomie zamiast dalszych schodów było półpiętro i zamknięty właz. Hopper zmierzył wzrokiem klapę, wydobył jeden ze swoich pakunków przytwierdzonych do pasów. Rozpakował, odrzucając materiał podobny do płótna. W ręce trzymał teraz mały zwitek kabli, oplatający szczelnie drobną, metalową tulejkę z dokręconym do niej drobnym ekranem. Wyszarpał z kieszeni drobną siatkę, i zawinąwszy w nią dziwną plątaninę, wcisnął całość w szczelinę pomiędzy włazem a sufitem. Gestem nakazał się wszystkim odsunąć, nikt nie oponował.
Ładunek eksplodował z hukiem. Z włazu buchnął dym, posypały się metalowe odłamki. Coś donośnie gruchnęło, zwaliło się.
– Idziemy – rzucił beznamiętnie Ji, mocując linę na granicy włazu, skąd teraz buchało światło jasnego nieba, przebijając chmurę pyłu po wybuchu.
Wylegli na dach niedaleko krawędzi. Do działa pozostawało około trzydziestu kroków. Było naprawdę wielkie, potężne. Paulina patrzyła z przestrachem na samą kopułę konstrukcji, która mogłaby pomieścić kilka posiadłości rozmiarów Krudelii razem z podwórkiem.
Cała drużyna obległa nagle Hoppera, pobierając u niego kolejne ładunki wybuchowe. Ji komenderował, wskazywał kierunki gdzie mieli się udać wszyscy po kolei i jak rozstawić eksplodujące zwitki.
– Paulina, ty chodź ze mną – poprosił Hopper z uśmiechem i wręczył dziewczynie ładunek – Wskocz proszę na górę do kabiny i zapakuj to pod fotel. To tamtą drabiną do drzwi. Musisz wytłuc szybę.
– O ile się da – rzekł barczysty, uporawszy się z własną porcją wybuchowych pakunków.
Paulina, wchodząc powoli po metalowych szczeblach, zdołała jeszcze usłyszeć porucznika Ji podchodzącego do Amonda.
– Taka mała i sprytna – rzekł wolno – nie powinieneś jej zostawiać.
– Udowodniła, że potrafi o siebie zadbać – odparł Amond – Ale mimo to... Myślę, że mogę się jej jeszcze przydać.
– Jak słyszałem, wielu było takich na trasie, którzy jej nie docenili. Teraz zapewne śmierdzą od własnej zgnilizny i trupa.
Paulina prychnęła cicho. Porucznik chyba także jej nie docenił. A przynajmniej jej słuchu. Spostrzegła, że opływowa szyba od drzwi, prowadzących do kokpitu jest już stłuczona. Beznamiętnie rzuciła do wnętrza otrzymany od Hoppera ładunek. Jeszcze nim zeszła na dół, porucznik zwołał cały oddział. Wszyscy wrócili na klatkę schodową przez wysadzony właz i rozpoczęli bieg po schodach na sam dół.
Pod wieżowcem Paulina wyszła ostatnia. Cała grupa przemaszerowała jeszcze kilkanaście metrów od gmachu tak, że widzieli większą część olbrzymiej struktury działa. Ustawili się za linią wraków, przykucnęli.
– Czyń honory – powiedział Ji do Hoppera.
Chudy mężczyzna teraz jeszcze drobniejszy bez wiszących na pasach ładunków, wydobył z kieszeni metalowe urządzenie. Antena wysunęła się sama, zapalony ekran błysnął czerwienią. Po środku był wirtualnie naniesiony, dotykowy przycisk. Hopper musnął go dwa razy palcem, za trzecim razem przytrzymał.
Najpierw zadudniło cicho i przeraźliwie. Wtedy spod kopuły buchnął ogień. Straszliwy huk głucho zatrząsnął światem. Odłamki, ciągnąc za sobą smugi dymu, pognały ku powierzchni. Potężna czarna chmura zasłoniła kopułę i rosnąc, ulatywała ku niebu. Zazgrzytało. Dłuższa lufa opadła do poziomu, po chwili zwaliła się całkiem z metalicznym łoskotem. Koniec uderzył w ścianę gmachu, wytłukł szyby. Wszyscy usłyszeli jak z gruchnięciem zwaliła się u podstawy wieżowca, poza zasięgiem wzroku.
– Piękna – rzekł Ji – Piękna demolka.
Hopper kiwnął głową, szczerząc się.
Znów zrobiło się cicho. Działo, a raczej sama jego kopuła potrzaskana jak skorupa jajka, dymiła potwornie przywodząc na myśl ognisko z plastików, gdzie Paulina poznała się z Amondem. Dziewczyna skrzywiła się nieco na samo wspomnienie i spojrzała na mężczyznę jedynego w swoim rodzaju. Mężczyznę, który zamiast ją rozebrać, ubrał. Była szczęśliwa, że tu jest, ale dręczyło ją też coś na wzór negatywnego podszeptu gdzieś na dnie świadomości. Uczucia, które ukazywało jej prawdę, widoczną, gdy weźmie pod uwagę swoje szanse jako dziewczyna. Zawstydziła się swoich myśli, przegnała je, zgasiła. Wygnała z pamięci.
– Obyśmy teraz polecieli! – krzyknął osiłek, ten, co ciągle trzymał się z tyłu.
– Uwolnimy się od tej przeklętej dziury – warknął radośnie Ji – pojadę na Miklas. Założę kompanię. Poszukam normalnej kobiety...
– Ja polecę na Arabrad – uśmiechnął się Hopper.
– Na Cesarstwo? Durny jesteś...
Wśród entuzjastycznej prezentacji planów poszczególnych wojaków tylko Paulina jedna usłyszała pierwszy ze złowieszczych zgrzytów. Odgłos dochodził gdzieś w oddali miasta. Drugi usłyszał Amond, a po trzecim członkowie grupy zaczęli się niespokojnie rozglądać. Dźwięk przypominał uderzenie czegoś metalowego o gruzy, jakby wśród odległych przecznic rozbił się właśnie latacz. Po chwili wszyscy słyszeli też coraz wyrazistszy odgłos pracujących przekładni, dźwigni lub stawów jakiejś piekielnej konstrukcji. Czegoś, co hałasowało jakby to sam piekielny rydwan wylądował w Fernerze.
I to coś zbliżało się.
– Nie – powiedział bezradnie Ji i obejrzał się na dymiącą kopułę. Czarny smog tworzył na niebie rosnącą, ciemną chmurę, która coraz szybciej wznosiła się ku niebu – Nie, nie, nie!
– To niemożliwe – warknął Hopper. – To niewykonalne! On był za daleko...
Coś gruchnęło w oddali i zwaliło się ze szczękiem i łoskotem.
Paulina domyśliła się, że cokolwiek to było, musiało liczyć sobie co najmniej kilkanaście pięter i w większości składać się z metalu. Mogła tylko z niepokojem przypominać sobie, jakaż to znana siła jest w Fernerze odpowiedzialna za rozwalanie budynków.
– Zwabiła go eksplozja. – Ji popatrzył w stronę, skąd nadchodziły odgłosy.
– Wiejemy! – rozdarł się Hopper i pierwszy rzucił biegiem po uliczce wiodącej do autostrady, z której przybyli.
Reszta nie zdążyła się wycofać.
Zaraz obok walcowatego gmachu wzniosła się chmura pyłu. W powietrze poleciały odłamki wydarte sąsiednim wieżowcom.
Ich oczom ukazała się metalowa kończyna o niesamowitej długości, podzielona na dwie części złączone wysoko stawem, gdzie wśród połyskliwych blach dało się dostrzec organiczne mięśnie. Po chwili widzieli cztery kończyny.
I nie tylko.
Głowa pająka miała rozpiętość dorównującą kopule zniszczonego działa. Przywodziła na myśl gnijący, zepsuty mózg pozbawiony czaszki z ogromnymi, świecącymi przeszywającą zielenią ślepiami. Pomiędzy nimi, zamiast paszczy, tkwił obrotowy karabin. Już z daleka zdawał się pokryty krwią.
Stwór z obcej gwiazdy, jeden z dziesiątek tysięcy wysłanych na Kalisto celem siania zagłady i jeden z nielicznych, które pozostały, stał przed nimi, rozglądał się. Zielone ogniki wodziły dookoła gmachu, aż dostrzegły grupę. Paulina poczuła nagle ogromny żal i strach. Zadrżała, obserwując monstrum.
– Kryć się! – krzyknął Ji i pobiegł do wejścia bliskiego wieżowca.
Reszta oddziału pośpieszyła za nim.
Pająk ryknął, a ryk ten przywodził na myśl zarzynaną świnię. Poprawił pozycję, stalowe nogi zarył mocno w ziemię. Działo z warkotem zaczęło wirować i ostrzelało wejście do wieżowca. W powietrzu świsnęły żółte smugi natychmiast rozszarpując podłoże, wrak latacza i dwóch wojowników z oddziału. Huk wstrząsnął ziemią.
Paulina dopiero teraz zdała sobie sprawę, że Amond trzyma ją za nadgarstek. Nie protestując, pobiegła z nim. Skryła się za wysokim wrakiem tuż obok niego, na płask. Twarzą dotykała zapylonej, brudnej ulicy.
– Co on tu... – wyszeptała.
– Zwabiła go eksplozja – powiedział cicho Amond. – Pająki mają słuch, a nawet bez niego ten tu zobaczył smugę dymu. Ale nie to mnie zastanawia – Amond odetchnął głęboko, przesunął się. – Pająk był widziany w okolicy ratusza. Nie tutaj. Nie powinien nas ani dostrzec, ani tak szybko dogonić. Albo ostatnimi dniami przeszedł przez miasto aż tutaj, omijając przystań, albo...
Paulina przełknęła ślinę, popatrzyła na tajemniczą twarz wojownika z Miklas.
– Albo pająków jest więcej, niż jeden.








***


Poprzedni Rozdział - Następny Rozdział wkrótce...

4 komentarze:

  1. Dlaczego przy milczącej zgodzie? Każdy wie, że pisanie to nie bułka z masłem i czasem wymaga czasu :)
    Ja tam zaglądam co jakiś czas i sprawdzam, czy nic nowego nie przegepiłam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to z radością cieszę się, że tak szybko byłaś, i zapewne przeczytałaś nowy rozdział. Chociażby dla Ciebie warto pisać dalej :) Mi chodziło o to, że nikt nie protestował podczas tego długiego przestoju, który jednak nie na pisanie był mi potrzebny, ale na inne sprawy... W każdym razie dzięki :)
      Do finału tej części "Kronik" zostały dwa, może trzy rozdziały i będą bardzo decydujące. Mam nadzieję, że kulminacja, którą planuję, zwróci się stałym czytelnikom takim jak Ty pod postacią dobrego wrażenia ogółu :)

      Usuń
  2. Ja jestem przyzwyczajona niejako do długiego czasu czekania na następne rozdziały, a to za sprawą tłumaczeń nieoficjalnych, które czytuję. Zazwyczaj są to niedokończone serie czy książki, które nie ukazały się w PL. Tak więc zaprawiona jestem w bojach :)
    Mam nadzieję, że nie zniechęcisz się i nadal będziesz pisał. Z własnego doświadczenia wiem, że ludzie czytają, ale z komentarzami to już bywa różnie (chodzi mi o opinie/recenzje na moim blogu i jego stronie na fb).

    P.S.
    okrutnie obleśny ten pająk :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Ci jeszcze raz za miłe słowa :) Nieoficjalne tłumaczenia to całkiem ciekawa sprawa.
      Ja natomiast walczyć będę dalej, nie mam tutaj innego wyjścia podobnie zresztą, jak główna bohaterka. Nawet jeżeli to nie jest najbardziej udana ze wszystkich serii, to na pewno da mi doświadczenie na przyszłość.

      A pająk obleśny, bo taki miał być xD Zresztą wszystkie ciężkie siły Aldebaranu to takie paskudy :D Mają przerażać swojego wroga, wiesz jak to jest

      Usuń

Drogi Czytelniku/Czytelniczko!
Jeśli czytasz, skomentuj! Nic nie daje takiej motywacji do pisania jak komentarze pod postami! To właśnie opis Twoich wrażeń może zmienić Sharielon na lepsze...